Już od zeszłego roku chcieliśmy z Pawłem Molikiem pojechac we wrześniu gdzieś gdzie moglibyśmy przez kilka dni codziennie szlifowac nasze surfingowe umiejętności. Początkowo miało to byc Klitmoeller, potem spoty w Bretanii, ale w końcu wybraliśmy Fransuski region Landes, głównie ze względu na panujące tam we wrześniu letnie upały.
Podróż minęła szybko, po półtora dnia spędzonego w aucie, znaleźliśmy się na brzegu oceanu i bez żadnych ceregieli od razu ubraliśmy pianki i wskoczyliśmy z deskami do wody. Zastały nas łagodne warunki, 1m swell o okresie 9sekund bez wiatru i mid-tide powoli przechodzący w pełny odpływ. Szaleliśmy na małych falach do zachodu słońca, ciesząc się tym jak łatwo łapie się fale i jakiej jakości jazda trafia nam się prawie za każdym razem.
Wioska Moliets składa się z głownej osady położonej ok. 5km od morza i turystycznej części Moliets Plage, któa składa się głównie z domków z apartamentami, campingów, surfshopów i restauracji. Jak na morski kurort przystało, jest tu długi deptak widoący do samego morza, przypominający troche deptak w Juracie, jednak na końcu czeka na nas widok o niebo piękniejszy! Surfshopy powodują opad szczeny na widok oferty desek. Z chęcią spróbowalibyśmy kilku z tych desek na wodzie, ale mieliśy swoje 3 deski, ktore wyśmienicie spisywały się na oceanicznych falach.


Powiedzmy parę słów o spocie w Moliets. Jest on podobny do większości spotów w Landes, tj. skłąda się on z kliku beach-breaków powstających na mieliznach utworzonych przez cyple piaskowe, które z kolei powstają na skutek działania pólnocnego stałego prądu (courant permanent). Jest to bardzo korzystny układ gdyż fale łamią się tam zawsze nawet podczas pełnego przypływu. Wystarczy tylko dostosowac miejsce gdzie pływamy do fazy pływów. Jako, że przez pierwsze dni mieliśmy leciutki 1m swell o niewielkim okresie 6sek, pływalismy głownie przy niskim i średnim pływie. Wiatry były dośc łągodne i zwykle rano była cisza lub lekki off-shore, co dawało idealne do nauki łagodne
powoli łamiące się fale. Najfajniejszą cechą tych fal jest to że przy każdym kierunku swellu łąmią się równo na obie strony.
Paweł cieszył się że może katowac backside na lewych , a ja że moge cwiczyc bottom turny na długich prawych falach. Wrażenia estetyczne jakich dostarczają fale podczas surfowania i w czasie zwykłego gapienia się na morze są nie do opisania.
Woda jest taka przejrzysta, że w południe gdy fale oświetlone są z góry, surfując mamy wrażenie unoszenia sie w powietrzu. Fala pod deską jest zupełnie przezroczysta i wydaje się nam jakbyśy unosili się metr nad piaskiem. Kiedy czekamy na fale, nie raz widzimy w łamiącej się fali przepływające ryby
lub ryby porywane przez ptaki wprost z line-up’u. Na łamiący sie na plaże shore break można patrzec godzinami. Zdjęc shore-breaku mam tyle, że chyba poświęce im osobny artykuł.
Niestety, nie obeszło się bez wypadków. Pierwszy był taki, że zaplątaliśmy się w pzostawioną przez wędkarzy surf-casterów linkę z haczykami. Panika była spora, gdyż żyłka zaczęła się zaciskac na mojej dłoni w momencie gdy łapałem falę. Zdążyłem zeskoczyc z deski, jednak linka zdążyła rozciąc skórę. Ogólnie, warto zwrócic uwage czy tam gdzie surfujemy nie ma wędkarzy. Posługuja sie tam niezwykle długimi linkami (ok 200m) z pokaźnymi haczykami i ciężarkiem i często wędkują zaraz obok fal gdzie pływaja surferzy. Druga kraksa była bardziej brzemienna w skutki. Po całkiem udanej porannej sesji przy odpływie, przenieśliśmy się na fale przy brzegu. Paweł próbując unikną kolizji z innym surferem, dał się wciagnąc w sporą falę łamiącą się na brzeg. W kipieli uderzył sie deską w nos i go … złamał. Nie wygladało to dla mnie poważniej niż zwykła rozkwaszona kicha, ale jednak uraz wykluczył Pawła z surfingu a mnie pozbawił towarzystwa na fali. Trzeba powiedziec, że Paweł stracil najlepsze fale jakie w życiu widziałem. Kiedy pojechał do szpitala ja samotnie wybrałem sie na plażę. To co zobaczyłem przesżło moje oczekiwania. Zobaczyłem fale jakie przedtem widziałem tylko w telewizji .

Do Moliets dotarł swell o okresie 12-14 sekund, wiał lekki offshore a fale łamały się z donośnym grzmotem jakby w zwonionym tempie. Zrobilem kikla zdjęc falom i wszedłem do wody. Na line-upie było może z 10 osób a przejście za przybój było łatwiejsze niż się spodziewałem. Fale łamały się tak rzadko, że wystarczyło przeczekac set i wioslowa szybko w przerwie pomiędzy setami.

Powiedzmy sobie szczerze, Baltyk nie przygotuje nas na fale „puste” (ang. hollow). Pierwszą falę złapalem chyba w pierwszej minucie, ale juz po chwili zrozumiałem swój błąd. Puste fale łamią sie gwałtownie i minimalne spóźnienie take-off’u powoduje, że po chwili płynie isę po pionowej ścianie, jeśłi nie ma się doś predkości cała ścioana łamie się razem z surferem, co niechybnie mnie spotkało.
Miałem cykora, bo tam było naprawdę płytko, ale piana okazała się dla mnie bardzo łaskawa, tylko napiłem się odrobinę słonej wody. Przy okazji, muszę powiedziec, że pływanie w samotności jest fajnym doświadczeniem. Człowiek chcąc nie chcąc skupia się na swoich odczuciach i bardzo mocno zapadają w pamięc. Chyba dlatego cały czas w pamięci mam każdą sekundę tego poranka. Następna fala poszła mi już lepiej.
Zlapalem lewą, nie spóźniłem i zjechalem z niesamowitą prędkością wprost pod pianę z sąsiedniej prawej – pech. Kolejna, prawa (wyczułem że są dłuższe), idealny take off, uciekłem ze stromej części kieszeni (green room-to jeszcze nie dla mnie) i lajtowo lecialem po fali widząc jak ponad głowa łamie się już piana (spoko ominie się- pomyśłałem), ale w pianie surfer z Niemiec wymyśłił sobie, że tu właśnie wystartuje!!! Znowu pech, ale byłem zbyt zadowolony, żeby niamiaszka opieprzac za drop-in. Trzecia fala, widze ją kiedy zamknę oczy: take off spóźniłem i zacząłem na już mocno stromej ścianie, kucnąłem i deska przyspieszyła pozwalając przejechac na łagodniejszą częśc fali. Przez chwilę byłem zszokowany
prędkością i nie zacząłem nawet cisnąc bottom-turna, na szczęście zacząłem skosem więc nie był potrzebny.

Jak się otrząsnąłem, wyprostowałęm się i pociągnąlem bottom-turn prawie na sam szczyt fali, a tam leniwy top-turn (tyle było prędkości). Po ponownym zjechaniu z fali miałem tyle speedu, że zacząłem dziko wyciskac szybkie i plytkie skręty, az fala się skończyła, wtedy szczupak za falę i taki atak śmiechu jakbym spalił najlepszego jointa. Najgłupsza rzecz, jaką mogłem zrobic, to przerwac sesję i pójśc odpoczywac. Już nigdy więcej nie zejdę z idealnych fal, nigdy. Knułem, że pójde do domu, poczekam na Pawła i namówię go żeby zrobił mi zdjęcia. Głupi pomysł.
Za dwie godziny Paweł wrócił, ale woda się podniosła, wiatr sie odkrecił i fale zrobiły się jak zwykle, tylko trochę większe. Zdjęcia tez siadły, ale to juz nie to samo. Przy witrze z morza, fale łamały się duż szybciej i w kilku miejscach. Moje doświadczenie z falami, było zbyt małe żeby w tych warunkach dobrze wybiera fale i najcześciej ładowałem sie w close-out’y. NIe wiem jaką taktykę mają lokalesi, bo widziałem, że im częśto udawały się bardzo ładne fale pomimo panujących warunków.
Jak zawsze nad oceanem, próbujemy lokalnych specjałów kulinarnych, z naciskiem na to wszystko co pochodzi z morza. Niby ocean ten sam co w Portugalii, ale dostepne w sklepie morskie stworzenia sa inne. We Francji bardziej zgłebialiśmy smaki krewetek, langustynek i kilku rodzajów małż. Ryby robiliśmy sobie po portugalsku a więc na grillu. Hiciorem były świeże makrele oraz rybka o nazwie sebaste – która jest spokrewniona z Merlinem (tym z powieści Hemingwaya). Jako, że z założenia był to wyjazd niskobudżetowy, wszystko popijaliśmy piwem Kronenbourg, kupowanym w dużych opakowaniach.
Jak na turystów przystało, zaliczyliśy też kilka wycieczek po okolicy. Najbardziej interesowały nas spoty surfingowe, więc odwiedzilismy wszystkie od San Sebastian do Moliets. Bardzo przyjemnie prezentuje się Messanges, zwłaszcza dla tych ktorym zależy na tanim wyjeździe. Obok bardzo fajnego spotu połozonego za sporąj wydmą, znajduje się darmowe pole namiotowe w piniowym lesie. Nie ma w pobliżu żadnych sklepów ani domów, więc jest to spot gdzie znajdują sie tylko surferzy. Kolejnym ciekawym Spotem jest Sain Jean de Luz w kraju basków, spot w zatoce w środku miasta. Fala łamie się na rafie po przejściu przez wąskie wejście do zatoki. Podobny miejski spot to Anglet La barree. 10 kroków od parkingu jest plaża ograniczona po lewej i prawej kamiennymi falochronami. Głowna zaleta tej miejscówki, to to że fale sa tam równe nawet wtedy kiedy wieje pełny on-shore i wszędzie jest totalna mielonka. Wada to tłok, ale nie ma nic za darmo. Tym którym marzy się pełny lans, polecic można Biarritz Grand Plage i plaże Zuriola w San Sebastian.
Plaża w Biarritz jest położóna przy głownym deptaku Biarritz, gdzie bogaci turyści z Rosji prezentują na spacerach swoje futra i złoto, a plaża Zuriola jest dokładnie na przeciwko kina w którym odbywają się pokazy festiwali filmowego w San Sebastian. Nastolatki, ktore czekają przy wyjściu dla gwiazd, w oczekiwaniu na Bradolfa Pittlera chcąc nie chcąc gapią się na surferów, od ktorych w wodzie jest aż czarno. Muszę też wszytkich ostrzec!!! Zarówno na plażach we Francji jak i w Hiszpanii, nie trudno natkną się na szok poznawczy w postaci z nienacka wyskakujacych zupęłnie nagich ludzi w każdym wieku. Po tym co serwowały mi plaże we Francji , starszy pan w centrum San Sebastian z dydnającym Wacławem już mnie nie mogł zszokowac.
Jedyna rzecz, ktorej nie mogę nikomu polecic, to powróc do domu. Nie wiem czemu, ale droga z powrotem wydawała się dwa razy bardziej męcząca i długa niż w kierunku nad morze.



Komentarze: 4 do “Moliets et Maa – surf spot dla każdego”
Zostaw komentarz